Góry Sowie są takim naszym małym wyrzutem sumienia. Niby mamy tu blisko, a jednak od wielu lat nasza noga tu nie stanęła… Cóż czas było to odmienić! Chodźcie z nami na Wielką Sowę.
Wielka Sowa, to najwyższy szczyt Gór Sowich. Jest to także szczyt Korony Gór Polski, którą to koronę postanowiłam zdobyć i dumnie nosić na głowie niczym rasowa górska księżniczka! Ale zanim koronę założę, to sporo szczytów zdobyć muszę, więc i sporo miejsc Wam jeszcze pokażemy i opiszemy. Wszak fajnie jest się z Wami dzielić naszymi podbojami i inspirować Was do górskich wędrówek.

CZY W GÓRACH SOWICH SĄ SOWY?
Moimi ulubionymi przedmiotami na studiach były Wiedza o Kulturze. Na obu kierunkach, które ukończyłam pasjonowałam się legendami i podaniami. Kiedy trafiłam na legendę o powstaniu nazwy Gór Sowich, to postanowiłam się nią z Wami podzielić.
Zamożny kmieć Wacław miał 7 pięknych córek, które postanowił wydać za mąż. Jednak żaden z kandydatów na zięcia nie był wystarczająco dobry (swoją drogą ojcowie tak już chyba mają po dzień dzisiejszy). Kiedy to dziewczęta zwątpiły w swój szczęśliwy los, to pojawił się w wiosce kupiec. Kiedy ów mężczyzna usłyszał o losie córek Wacława, to podarował im pelerynę, która mogła zmienić je w dowolne stworzenie. Ale tylko dwukrotnie! Gdyby chciały przemienić się trzeci raz, to nie wrócą już do ludzkiej postaci. Jeszcze tej samej nocy córki postanowiły uciec i zamieniły się w 7 zajączków.

Rano, kiedy ojciec odkrył brak dziewcząt, to udał się do wiedźmy. W szklanej kuli ujrzała ona 7 zajączków i opowiedziała Wacławowi o czarach. Kupił on od wiedźmy za worek złota brzozową witkę i za jej pomocą zmienił się w jastrzębia. Dogonił swoje córki, ale kiedy miał je dopaść, to zmieniły się one w sarny i uciekły w las. Wściekły ojciec przemienił się wilka i rozpoczął pogoń. Wówczas to 7 córek przemieniło się w 7 sów i ukryły się one w dziuplach i skałach. Do dziś dnia słychać ich smutne pohukiwanie…
Skałki, gdzie ojciec po raz ostatni widział córki nazwano Siedem Sówek, a ostatecznie całe pasmo nazwano Góry Sowie.
WIELKA SOWA – RUSZAMY
Na Wielką Sowę wyruszamy z Przełęczy Jugowskiej. Jesteśmy tu we wtorkowe popołudnie i na parkingu jest raptem kilka aut. Parking znajduje się obok schroniska Zygmuntówka oraz obok budującego się obiektu restauracyjno-hotelowego. Parking jest darmowy i prowadzą stąd różne szlaki. My wybieramy, zgodnie z rekomendacją szlak żółty.

Szlak jest bardzo przyjemny – szeroka szutrowa droga prowadzi lekko w górę. Jego minusem jest to, że idziemy w pełnym słońcu, co przy ostatnich temperaturach nie pomaga nam. Po drodze mijamy platformę widokową Pod Kozią Równią, na którą warto wejść i podziwiać piękną panoramę. Kawałek dalej robimy sobie z Lagerem selfiaka w ramce z Gór Sowich, poimy psy i idziemy dalej. Wchodzimy w zacienioną część szlaku, co od razu przynosi nam ulgę. Moje serce dziękuje za tą część szlaku, a jego bicie znowu wpada w przyjemny rytm i nie ma zamiaru wyskoczyć z klatki piersiowej i pognać w siną dal. Ulgę przynosi to także naszym psom – Lager z Meridą od razu rozpoczynają wspólną zabawę, a ich języki nie ciągnął się po szlaku 😉
Kiedy dochodzimy do Koziego Siodła, to wybieramy czerwony szlak i nim idziemy aż na sam szczyt. Jednak tutaj już robi się mniej przyjemnie. Pojawiają się kamienie, które są moim najmniej lubianym podłożem do chodzenia. Dobrze, że „poboczem” ludzie wydeptali alternatywną ścieżkę – wolę korzenie zdecydowanie bardziej! Psy, które do tej pory dreptały sobie luzem po pustym szlaku, zostają przypięte na smycz. Rozgrzane kamienie są ulubionym miejscem do wygrzewania się dla żmij. Na szczęście spotkaliśmy tylko zwinkę, której nasze psy nawet nie dostrzegły 😉

WIELKA SOWA 1015 M NPM
Na Wielką Sowę wchodzimy lekko zmęczeni, bo chociaż podejście nie jest strome, to jednak wchodzenie po kamieniach wymaga skupienia i dużej uwagi z naszej strony.
Na szczycie jest spora polana, na której znajdują się wiaty, miejsca na ogniska oraz wieża widokowa, na której daniny za wejście pobiera strażnik kamiennej wieży. Pierwsza wieża widokowa została tu zbudowana w 1886roku, a w 1887 zatrudniono strażnika, który pobierał opłaty za wejście. Wieżę naprawiano, ale kiedy w 1904 roku pod turystami zarwały się spróchniałe schody i spadli oni na niższą kondygnację, to wieżę zamknięto i zburzono… Jednak już w latach 1905-1906 zbudowano nową wieżę i ta stoi po dzień dzisiejszy. Jest to jedna z niewielu wież Bismarcka, które służą turystom. Na wieży spotkacie jej strażnika, p. Tadeusza Żurawka.

Na szczycie poza wieżą, gdzie kupicie pamiątki jest jeszcze budka z fast foodem. My nie mieliśmy okazji spróbować specjałów z niej, bo jak przyszliśmy, to była zamknięta. Podobno w weekend oraz przy dużym ruchu turystycznym jest otwarta, o czym świadczą papierowe kubki po kawie walające się po szlaku…
COŚ KRÓTKA TA WYPRAWA
Po dojściu na szczyt, wypiciu litra wody, wychlaniu michy wody przez nasze psy usiedliśmy lekko zasmuceni, że trasa taka krótka i łatwa i w ogóle, to słabo! Paweł, jako główny logistyk odpalił mapy.cz i tak poszliśmy zielonym, niebieskim i czerwonym szlakiem. Zrobiliśmy przyjemną pętelkę 13,5 km!
Zielony i czerwony szlak idą przez chwilę razem – jest stromo, są kamienie ale jest już przyjemnie i chłodno. Nasze psy mogą iść luzem, bo szlak jest zupełnie pusty! Po drodze schodzimy na polanki, skąd rozpościera się cudna panorama. Natraficie na nie bez problemu – ścieżki są wydeptane przez turystów.

Z nadzieją mijam Schronisko Sowa, bo jestem już nieco głodna… Czas obiadu i kolacji minął nam na podróży i wędrowaniu. Niestety odbijamy się od drzwi, co napawa mnie wielkim smutkiem! Nie poddajemy się i naszą kolejną destynacją gastronomiczną jest Zygmuntówka!

JAKBYŚMY JUŻ TU BYLI…
Poniżej Schroniska Sowa wchodzimy w las, pojawiają się potoki. Merida jest zawiedziona, bo w potoku nie da się pływać, a Meridkowa Wyderka kocha pływać. Za to pojawia się zwierzyna, a nasze psy stają się niezwykle czujne. Momentalnie lądują na smyczach, a ja czuję nieznośną lekkość bytu, kiedy ciągnął do przodu!
Dochodzimy do Koziego Siodła i obijamy na czerwony szlak. Znów robi się kamieniście, znów robi się pod górkę i znów robi się duszno. Pomimo tego, że szlak prowadzi pod drzewami, to nie daje nam wytchnienia, a powietrze jest mega suche. Kiedy wreszcie weszłam na samą górę i zaczęłam schodzić, to szczerze mówiąc ucieszyłam się bardzo. Po drodze natrafiamy na piramidalny Pomnik Carla Wiesena. Był on fabrykantem, który propagował turystykę w Górach Sowich oraz zaangażował się w budowę pierwszej wieży na szczycie Wielkiej Sowy! Robimy pamiątkowe foty i lecimy dalej!

Stąd jest już tylko w dół. Kiedy wychodzimy z lasu i widzimy piękną panoramę Gór Sowich, to jednocześnie patrzymy na siebie i mówimy „aaa to tu byliśmy rowerami”! Dzięki Ci Marku Zuckerbergu za Facebooka 😀 Szybkie sprawdzenie albumu Wielka Sowa i mamy to! Powtarzamy foty – dokładnie po 10 latach i zadowoleni schodzimy na dół wprost do auta,ale najpierw do Zygmuntówki! Tu czeka na nas nagroda – coś pysznego do zjedzenia!

CORGI PRZEMYŚLENIA Z TRASY
To jest trasa dla każdego! Naprawdę dla każdego 🙂 Od Was tylko zależy czy wrócicie tą samą drogą, czy będziecie wydłużać lub skracać sobie wędrówkę szlakami wokół. Jest tu sielsko i idealnie na spacer z psem.

My byliśmy tutaj we wtorkowe popołudnie i było absolutnie pusto. Spotkaliśmy 1psa, 2 dzieci, 8 osób dorosłych, 1 biegacza i 4 rowerzystów. Podobno tu jest tłoczno i w weekend po 10 nie ma już gdzie parkować. Polecam zatem każdemu przybyć tu albo wcześnie rano, albo wybrać się na Wielką Sowę w dzień powszedni.

Słabym punktem jest tu gastronomia – fast food na szczycie Sowy, po drodze zamknięte Schronisko Sowa. Fajnie, że jest Schronisko Zygmuntówka, które ratuje całą sytuację.
Kolejnym ważnym punktem jest woda! Tej na szlaku w zasadzie nie ma, więc zapas dla Was i psów jest bardzo potrzebny. Zabrałabym na Waszym miejscu także jakieś przekąski 😉

WSKAZÓWKI PRAKTYCZNE
- Samochód zaparkujcie na Przełęczy Jugowskiej, darmowy parking jest wzdłuż ulicy, natomiast przy restauracji parking jest płatny
- Trasa jest dla każdego, przejdzie ją nawet dziecko
- Na trasie potrzebna jest woda dla Was i dla psów
- Na Wielkiej Sowie jest budka z fast foodami
- Warto zjeść w Schronisku Zygmuntówka
- W weekendy jest tu tłok!
- Wiele szlaków jest także trasami rowerowymi, więc należy uważać