Na północno-zachodnim końcu Mazowsza, gdzie przebiega granica z województwem kujawsko-pomorskim leży Sierpc. Miasto, jak miasto – ani ładne ani brzydkie. Ale już znajdujące się w Sierpcu Muzeum Wsi Mazowieckiej jest niezwykle urokliwe i malownicze. A co najważniejsze – to miejsce jest psiolubne!
Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu odwiedziłam jako dziecko wraz z rodzicami i naszą pembroczką Roxsaną. Jako wielka miłośniczka wszelkiego rodzaju skansenów chciałam pokazać Pawłowi właśnie ten.
JEDZIEMY NA WYCIECZKĘ
Z Warszawy do Sierpca jest ok. 1,5 godziny jazdy autem. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy po drodze nie zatrzymali się na kawę (ahh ta nasza miłość do tego napoju).
Dojeżdżamy i… no właśnie – nie znajdujemy żadnego kierunkowskazu, który pomógłby nam trafić z szosy. To jest duży minus ze strony muzeum (dalej w centrum miasta, do jednego z wejść tabliczki już prowadzą). Docieramy do wejścia położonego blisko drogi głównej i spotyka nas mała niespodzianka (nasz ukochana karczma zamknięta, a jechać musimy do drugiego wejścia, bo tu aktualnie remont mostu). Przy drugim wejściu znów niespodzianka – aby wjechać na parking należy wrzucić 5 zł – no tak, monet nie mamy. Wracamy do miasta i robimy zakupy 😀 Szczęśliwie wracamy, parkujemy i możemy iść zwiedzać. Psy wchodzą bez problemu najmniejszego, natomiast muszą być na smyczy, czego skrupulatnie pilnują liczni pracownicy.

MUZEUM WSI MAZOWIECKIEJ

ZWIEDZAMY Z PSAMI
Cała trasa, którą przeszliśmy miała 3,5 km i zajęła nam mniej więcej 2 godziny. Spokojnym tempem spacerowaliśmy, zaglądając do każdej zagrody i napawając się ciszą. Czy faktycznie zwiedzanie skansenu z 3 pastuchami może być spokojne? Powiedzmy, że nam się udało przeżyć i żaden z mieszkających w skansenie zwierzaków nie ucierpiał!

Po wejściu na teren Skansenu, skierowaliśmy się do powozowni (do każdego obiektu weszliśmy z psami i nikt nie miał nic przeciw), gdzie Pani opowiedziała nam skąd jest dany powóz, pokazała nam kufry podróżne i odpowiedziała na nurtujące nas pytania. Następnie potuptaliśmy do dworku – najodpowiedniejszego miejsca dla naszych psów 😉
Niestety dużym minusem Muzeum jest brak większej ilości koszy na śmieci – z woreczkiem wypełnionym kupsonem musieliśmy trochę się nachodzić zanim mogliśmy pozbyć się balastu… (swoją drogą chodzenie z pustym napojem czy zasmarkaną chusteczką, o brudnym pampersie nie wspominam fajne nie jest…). Po drodze zahaczyliśmy o drewniany kościół, który dawał cudowny chłód. I na tym zakończyła się sielanka.

KOZY, OWCE, KROWY I PTACTWO
Na horyzoncie wraz z pojawiającymi się chatami pojawił się również inwentarz… Tak, tak… Biba na widok kozy przyjęła pozycję przyczajonego tygrysa i zaczęła obchodzić ją łukiem. Gdyby się tylko dała, to na bank próbowałaby ją do nas zagonić. Jaka mać taka nać, więc Twiggy postanowiła wtórować mamusi. Yuma za to pragnęła paść całą sobą i okazywała to bardzo ekspresyjnie.
Największym zaskoczeniem, przede wszystkim dla Twiggy były napotykane w zagrodach kury, gęsi, kaczki i dumnie kroczący bocian. Takich cudaków to ona nie widziała jeszcze nigdy. Ilość napotkanego inwentarza, który spaceruje sobie po drodze, po obejściach jest naprawdę imponująca. Dla tego pod żadnym pozorem nie spuszczajcie psów ze smyczy!

UMIERAMY Z GŁODU
Na samym końcu naszego spaceru czekała na nas wizyta w karczmie. Czas był na obiad, więc skierowaliśmy swoje kroki od razu w jej kierunku. Usiedliśmy sobie w zacienionym miejscu, nad zakolem rzeczki. Biba od razu wyniuchała wodę i udała się wzdłuż płotku, szukając wyjścia… Metodycznie badała całe ogrodzenie i zawiedziona wróciła ułożyć się pod ławą i spokojnie odespać okropny upał. Psiaki dostały miski z wodą i od razu było im lepiej – bardzo dziękujemy Paniom z karczmy.
A co dobrego możemy zjeść? Menu jest skromne ale za to regionalne – jest w nim zawarte to, co mieszkańcy wsi jadali w tamtych czasach. My skusiliśmy się na żurek (tu szału nie było), a następnie na tajemniczo brzmiące danie – OKRYJBIEDĘ. Wyjaśniono nam, że to kluski ziemniaczane okryte bigosem. Danie przepyszne, a kluseczki wprost rewelacyjne.
Warto również wspomnieć o bochnach chleba, które są wypiekane na miejscu. Są oooolbrzymie (można kupić cały, połówkę albo ćwiartkę) i przeeepyszne! Smakował jak chleb mojego dzieciństwa, który ciocia wypiekała na Mazurach.
W Menu była jeszcze czernina, którą goście wychwalali. Niestety to jest jedna z potraw, której nie dam rady przełknąć i nie jestem w stanie jej nawet spróbować.



Po zwiedzaniu udaliśmy się nad okoliczne jezioro. Niestety znalezienie miejscówki łatwe nie jest – wiele plaż jest położonych przy ośrodkach wczasowych, a na ich bramach od wejścia straszy znak PSOM WSTĘP WZBRONIONY…