Kocham Cię
„Kocham Cię” wystukała na klawiaturze swojego leciwego już kompa. Gadu-gadu przyjęło ten komunikat z takim samym spokojem, jak wszystkie inne wzniosłe słowa, które Mela razem z Karolem wystukiwali niemal codziennie.
On mieszkał w Krakowie, ona w Warszawie. Poznali się na jakimś czacie, którego nazwy nawet nie pamiętała. Zalogowała się tam razem z koleżanką, po wypiciu kilku butelek wina. Było zabawnie, aż do momentu kiedy wróciła do domu i znalazła wiadomość od niego. Tak to się zaczęło i trwało długo. Potem standardowo – wielka miłość, wspólne mieszkanie i wreszcie decyzja o ślubie, o dzieciach, o wspólnej przyszłości.
Pukanie do drzwi wyrwało ją z zamyślenia. Ten stan, kiedy wracała do tych dobrych chwil trwał coraz rzadziej. Najgorsze były noce, kiedy budziła się czując jego obecność. Ale to był tylko sen – kładła rękę obok i miejsce pozostawało zimne. To miejsce, które jeszcze ubiegłego lata było gorące, kiedy sypialnia płonęła od namiętności.
– Dzień dobry Melu. Mleko przyniosłam i drożdżaka upiekłam. – Stara Fornalowa traktowała ją jak własną córkę. Starała się dbać o nią i zaglądała kiedy tylko mogła.
– Pani Stefanio, ale nie było trzeba. Syn z wnukami mają przyjechać, dzieciaki co do okruszka zjadłyby. Ja mam Panią na wyciągnięcie ręki, a oni przyjeżdżają tak rzadko.
– A tam. Teraz to oni nie jedzą tego i tamtego. Dziciakom słodyczy nie wolno, tylko raz w tygodniu, a i mają być jakieś wydziwnione. Ja się tam nie znam, ale biedne te moje wnuki. Taki mizerne, mówię Ci moje dziecko. Ja to się martwię o nie, przywieźliby je tu do nas do Borowic, to od razu by odżyły. Takie życie w mieście nie jest zdrowe – spaliny, smog. Kto tu u nas o smogu słyszał? Zdrowe górskie powietrze, tego im potrzeba.
– Pani Stefanio, no kochają to swoje życie, kochają ten Wrocław. Ja tak kochałam kiedyś Warszawę. Lunche, kolacje, kawki, drinki i tańce na barze do samego rana. A potem to miasto mnie wypluło, nienawidzę go teraz szczerze i nie wrócę tam już nigdy. Zbyt dużo bolesnych wspomnień. Tyle miejsce, które z Karolem lubiliśmy. A teraz miałabym sama tam chodzić?
– Moje dziecko, co los nam dał, to i odbierze. Nie ma co rozpaczać, jeszcze przyjdzie ta wielka miłość. Miłość nigdy nie jest na zawsze. Czasami musimy coś stracić, aby docenić coś innego.
Stefania Fornalowa podeszła do okna, zamyśliła się, potem machnęła ręką i wyszła z domu.
I znów Mela została sama, tylko te psy ukochane kręciły się pod nogami. One były zawsze, one pomogły przetrwać im najgorsze chwile, kiedy to stracili dziecko, a później pomogły jej. Kiedy zabrakło Karola, kiedy z dnia na dzień została sama pośród Karkonoszy i obcych wciąż ludzi. Rodzice nie raz i nie dwa prosili żeby wróciła do Warszawy. „Tylko po co ja tam wrócę?” – to była jej najczęstsza odpowiedź. Nie chciała wracać, chciała zostać sama w tym wielkim domu. Domu, który miał dać im szczęście, miał być ostoją i ich miejscem na zawsze.