Kocham Cię – 17.05.2018
Mela zapinała właśnie psom szelki, pakowała do plecaka jedzenie i wodę, psie miski. Facebook był dla niej okrutny, wiedziała co pokaże się w zakładce wspomnienia. Wciąż miała przed oczami to zdjęcie. Ich szczęśliwych, uśmiechniętych, z psami obok przed ich nowym domem. Pamiętała dokładnie, jak telefon pikał co sekundę po opublikowaniu go. Chyba nikt nie wierzył, że to zrobili. Znajomi pisali, że przecież 1 kwietnia już był, że to głupie, że jak to z Warszawy uciekają. Po kilku minutach odebrała telefon od naczelnej, która bez dzień dobry wyparowała, że chyba uderzyła się w głowę i jak sobie wyobraża teraz przyszłość? Że gratuluje jej i jakoś dadzą radę i będzie pisała na odległość, że na skype, że pociągi.
– Właśnie odebrałam telefon od naczelnej. Dalej chce żebym pisała do High Heels, nie dała mi dojść do słowa. Tylko, że ja nie chcę pisać o nowych domach gwiazd – musiałabym wyjeżdżać stąd. Kaaaroool – jak ja jej mam to powiedzieć?
Dziś nie miała siły na te wspomnienia. Wiedziała, że musi iść w góry żeby nie myśleć. Że psy wymagają treningu, że dawno nie biegały razem. Dziś tylko pójdą, prosto z domu do Odrodzenia, po niepamięć, po zapomnienie. Jeszcze tylko schowała butelkę wina do lodówki. Zatrzymała się i wróciła żeby włożyć jeszcze jedną. Niech się schłodzi na wieczór. Do plecaka włożyła softshell i wyszły. Zamknęła drzwi, schowała klucz do plecaka.
Nie chciała się oglądać za siebie. Miała wrażenie, że za chwilę podjedzie Hilux i Karol wysiądzie z niego, przytuli ją i powie – Sorki, że się spóźniłem, ale wiesz jaki korek był na A4? Dramat! Potem sięgnie do auta i wyjmie zimną już kawę ze Sturbunia, od której była tak bardzo uzależniona.
Potrząsnęła głową, przypięła psy do pasa i ruszyła Drogą Sudecką przed siebie. Po drodze weszła na cmentarz jeńców wojennych. Wyjęła z plecaka znicz i zapaliła ją. Usiadła na ziemi. Potrzebowała ciszy i spokoju, potrzebowała normalności, potrzebowała rutyny.
– Halo, proszę pani. Ale z psami na cmentarz, to chyba przesada?
Wmurowało ją. Podniosła głowę i ujrzała nad sobą faceta kolo 40tki, który nie był ani przystojny ani brzydki, taki normalny. Ubrany w górskie ciuchy, z plecakiem – wyglądał na turystę. Melka zjeżyła się, bo jak jakiś mieszczuch, co to musi mieć drogie ciuchy na lansie śmie pouczać ją – już miejscową dziewuchę, która na cmentarz jeńców przychodzi niemal codziennie. Która przychodzi i sprząta, ogarnia, dba o świeże kwiaty i palące się znicze.
– Ty tak do mnie, serio? – wypaliła wściekła.
– A widzisz tu kogoś innego? – odpowiedział jej brunet. Teraz to już najeżyła się nie tylko pod skórą, ale i na plecach pojawiła się pręga, jak u jej psów. Kawa warknęła ostrzegawczo w stronę nieznajomego.
– Słuchaj człowieku, nie wiem skąd się urwałeś, ale kiedy Ty szukałeś swoich lansiarskich ciuchów, ja przychodziłam tu i dbałam o to miejsce. Nie pouczaj mnie zatem łaskawie, czy moim psom wypada tu być czy nie. Przeczytaj tablicę, zrób pamiątkową fotę na Fejsbuczka i idź w cholerę.
– Wyszczekana jesteś, jak i te Twoje psy. Aleksander jestem, dla przyjaciół Oli. – wyciągnął w jej stronę rękę. Widzę, że masz plecak, to może dasz się lansiarzowi zaprosić na wspólną wędrówkę?
– Amelia jestem. Dla przyjaciół Mela. Ale dla Ciebie pozostanę raczej Amelią. Jeżeli szukasz laski na wędrówkę i krótką przygodę, to zły adres wybrałeś. Ale jak nadążysz za nami, to możesz iść. Ale tylko pod warunkiem, że nie palisz! Nienawidzę smrodu fajek. To brak poszanowania innych. – Wstała i ruszyła przed siebie. Po kilku krokach odwróciła się – To co idziesz? Czy wymiękłeś i boisz się, że baba Cię pokona pod górę?
Ruszyła przed siebie szybkim marszem, psy rwały do przodu radośnie po czekającą je przygodę, po wiatr, po szczyt, po kres. Wiedziała, że jest na tyle zaprawiona w bojach, że bez przystanku wejdą na górę. Chodziły tak regularnie, wpadały do Schroniska na kawę, a zimą na gorącą czekoladę.
– Halo! Ty zawsze tak pędzisz? – usłyszała za sobą. Odwróciła się niechętnie. – A co sił zabrakło? Nie zamierzam czekać na słabych. Miło było Cię poznać Oli. Do zobaczenia kiedyś. – Ruszyła przed siebie, psy wyrwały do przodu na jej głośne go go go.
Kiedy doszła do Odrodzenia, to wyjęła wodę napoiła siebie i psy i usiadła. Rozpłakała się jak dziecko. Łzy płynęły po policzkach, jedna po drugiej kapały na psie pyski. Kawa i Inka próbowały zrozumieć o co chodzi. Ale jak wytłumaczyć psom tą pustkę w sercu, którą Karol tak nagle uczynił. W jednej chwili w sercu Amelii pozostała dziura wielka niczym Wielki Kanion. Otrząsnęła się szybko, spakowała plecak i ruszyła przed siebie. Zmęczenie to najlepsze lekarstwo na to, co się działo z nią w tej chwili. Wiedziała, że musi iść przed siebie.