Jak już Wam pisałam kilka tygodni temu mamy na strychu różne skarby. Szafa, łóżeczko, stół, a kilka dni temu odkryłam tam komodę. Jest to typowy ciężki mebel PRL-owski, lakierowany i w brzydkim jak noc listopadowa kolorze. Zainspirowana grupami o urządzaniu mieszkania postanowiłam dać temu meblowi drugie życie…

Remont w tym roku nie był ani duży, ani spektakularny. Do tej pory wymieniliśmy część drzwi, część okien, wymieniliśmy część mebli w gabinecie i pokoju gościnnym. Niby nic spektakularnego, a jednak. Na końcu pod pędzel poszedł wiatrołap. Tu zmiany musiały zajść jak największe i tak się też stało. Została tylko stara podłoga, bo tegoroczny budżet nie przewidział jej wymiany (te same płytki są w hallu domu).
W wiatrołapie brakowało nam przede wszystkim komody, w której moglibyśmy schować czapki, szaliki, rękawiczki oraz psie rzeczy. Nasza kolekcja jest całkiem pokaźna więc ułatwiłoby nam zachowanie ładu i porządku w tym niewielkim pomieszczeniu. Oczywiście znaleźliśmy komodę, która nam się podoba ale… ale kosztuje zdecydowanie za dużo! Szukaliśmy, oglądaliśmy ale nie było nic, co mogłoby być tą idealną komodą. Wiem, jak się kończy kupowanie mebla „na rok albo dwa”. Będzie stał dokąd nie umrze śmiercią naturalną! Tego wolelibyśmy uniknąć.
Tak zrodził się pomysł podarowania życia nowemu meblowi. Na strychu znaleźliśmy PRLowski relikt. Komod te są teraz dosyć modne, a jeszcze modniejsze jest ich przerabianie. Cóż było robić? Komoda została zniesiona na dół, a ja zaczęłam szukać informacji o tym, jak odnowić taką komodę. Cóż Wam mogę powiedzieć? Jako osoba o przeciętnych niezdolonościach plastycznych, podchodziłam do tego zadania „jak pies do jeża”. Jednak zawzięłam się i dokonaliśmy odpowiednich zakupów i przystąpiłam do dzieła.
Komodę najpierw zmatowiłam grubym papierem, potem poprawiłam papierem o mniejszej gradacji. Nie powiem, że jest to super łatwe i przyjemne zajęcia. Ręce bolały mnie od ścierania wartswy lakieru (chociaż pamiętać należy, że całego lakieru nie ściągamy, a jedynie matowimy powierzchnię). Następnie odtłuściłam i ROZPADAŁO SIĘ! Jak się rozpadało, to przez kolejnych kilka dni deszcz nie przestawał padać. Malowanie komody zatem zostało odwleczone w czasie. Niestety w życiu wyznaję zasadę „co masz zrobić dziś zrób jutro, będziesz mieć 2 dni wolnego”. I tak zrobienie komody zabrało mi trochę czasu. Jednak sam efekt końcowy jest bardzo fajny, a całości dopełni lampka, którą kupiła mi w sklepie koleżanka.
Cały wiatrołap postanowiliśmy utrzymać w biało-czarno-szarym kolorze. Jest to trochę niebiezpieczne ze względu na otrzepujące się psy, ale ściany pomaowane są farbą zmywalną, każdy psiarz to zrozumie i doceni. Brakuje tu jeszcze kilku dodatków, ale te będą pojawiać się systematycznie (uwielbiam targi staroci!). Kolejne pomieszczenia będziemy remontować wiosną, kiedy będzie można otworzyć okna do wietrzenia, a temperatura nie będzie przywoływać na myśl ubrania kożucha 😉

Instagram

Unable to communicate with Instagram.

Dołącz do nas